Kiedy kochamy za bardzo

Jak ktoś zupełnie niegodzien zachwytów, ani nawet zwykłej ludzkiej sympatii wzbudza w tobie dreszcz i pożądanie, którego intensywności nie da się porównać z innymi, o wiele atrakcyjniejszymi mężczyznami ?
Tym, co rzuca na nas urok, jest marzenie o wydobyciu na jaw owych przymiotów - troski, ciepła, czułości, szlachetności - które twoim zdaniem drzemią w kochanku i czekają tylko na twoje wysiłki, by rozkwitnąć w pełnym blasku.

W przypadku kobiety, która kocha za bardzo, jej podstawową chorobą jest uzależnienie od cierpienia i przyzwyczajenie do nieodwzajemnionych uczuć. Taka kobieta musi zrozumieć, że każda próba zmienienia partnera, udzielania mu ciągłej pomocy, kierowania nim, czy oskarżania, jest dowodem jej choroby. Kobiety kochające za bardzo, jako dzieci były albo bardzo samotne i odizolowane od innych, albo odrzucone. W rezultacie stały się nadmiernie skłonne do pouczania i poświęcania się. Mogły też żyć w atmosferze całkiem pozbawionej jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa, wobec czego rozwinął się w nich przemożny instynkt kierowania ludźmi i sytuacjami.
Im więcej doznałaś kiedyś cierpień, tym bardziej pragniesz je odtworzyć, w nadziei, że wreszcie nad nimi zapanujesz. Kochamy za bardzo ponieważ chcemy przezwyciężyć nasze dawne lęki, zawody, cierpienia i napady bezsilnej złości, które miały miejsce w dzieciństwie i które wleczemy ze sobą przez całe nasze dorosłe życie.

Kiedy osoba, na której nam zależy, nie zachowuje się, czy nie czuje tak, jak byśmy sobie tego życzyły, zaczynamy się miotać w poszukiwaniu sposobów na zmianę jej zachowania , lub nastroju. Zawsze powinniśmy analizować motywy, dla których pragniemy zmieniać innych (czy nie kryje się za tym potrzeba panowania). Liczymy, że jeżeli uda nam się zapanować nad partnerem, zdołamy także zapanować nad własnymi uczuciami, tam gdzie nasze życie zazębia się z jego życiem. Próbując przeobrażać innych - knujemy, manipulujemy, a gdy poniesiemy klęskę, ogarnia nas złość, zniechęcenie i depresja.

Próby odmienienia drugiego człowieka zawsze powodują frustrację i przygnębienie, lecz jeśli właściwie wykorzystamy swoją moc i postaramy się ulepszyć własne życie, czeka nas radość.

Negacja (wielkoduszne "nie dostrzegam jego wad", "mam pozytywny stosunek") i panowanie (nad kimś), nie ulepszają naszego życia, ani związku z drugim człowiekiem.
Akceptacja, to przeciwieństwo negacji i panowania. To gotowość, by objąć rzeczywistość taką, jaka jest, nie próbując jej zmieniać.
Szczęście płynie nie z manipulowania zewnętrznymi warunkami, czy ludźmi, lecz z wewnętrznego spokoju, nawet w obliczu zagrożeń i trudności.

Im bardziej uzależniamy się od czegoś, kogoś, tym większe mamy poczucie winy, tym mocniej się wstydzimy, boimy i nienawidzimy same siebie. Czujemy się okropnie, chcemy więc dzięki mężczyźnie poczuć się lepiej. Nie potrafimy kochać same siebie, potrzebujemy więc mężczyzny, by nas przekonał, iż warte jesteśmy miłości. Wykorzystujemy związek, tak samo, jak wykorzystujemy narkotyk: ażeby uciec przed bólem.
Żeby uniknąć własnych uczuć, kobieta "wczepia się" w mężczyznę, używając go ucieczkowo, jak narkotyku.

Marzenia kobiety o tym, jak powinno być i jej wysiłki, żeby to osiągnąć, wypaczają rzeczywistość i przestaje ona zdawać sobie sprawę z aktualnej sytuacji. Każde rozczarowanie, klęska, czy zdrada we wzajemnych stosunkach są albo lekceważone, albo rozumowo odsuwane - "Nie miał złych intencji". W tym samym czasie, kiedy mężczyzna zawodzi ją i rozczarowuje, ona coraz bardziej uzależnia się od niego, ponieważ jest coraz bardziej skupiona na nim, na jego problemach, pomyślności, a przede wszystkim na jego stosunku do niej. Starania, aby go zmienić, pochłaniają większość jej energii. Pomału, mężczyzna staje się jedynym źródłem wszelkiego dobra, jakie może jej dać życie. Starając się mu przypodobać, staje się równocześnie czujnym strażnikiem jego dobrego samopoczucia. Popadłszy w rozpacz, wywołaną wg. jej opinii zwykłymi przeciwnościami i drobnymi nieporozumieniami, zaczyna odczuwać gorącą potrzebę omówienia tego wszystkiego ze swoim partnerem. Następują długie dyskusje nie prowadzące do niczego. Sytuacja pogarsza się z każdym dniem. On staje się barometrem, radarem, probierzem jej uczuć, a ona go bezustannie obserwuje. Wszystkie jej uczucia zależą od jego zachowania. Ona dokłada starań, żeby jako para robili wrażenie szczęśliwszych, niż są w rzeczywistości. Usprawiedliwia każdą porażkę i swoje rozczarowanie, a ukrywając prawdę przed światem, ukrywa ja zarazem sama przed sobą. Niezdolna do zaakceptowania faktu, że jest on taki, jaki jest, przeżywa wielkie rozczarowanie i frustrację z powodu klęski, jaką poniosła, próbując go zmienić. Stwierdza ponuro sama przed sobą, że całkiem straciła kontrolę nie tylko nad nim, ale i nad sobą.
Nie może przestać walczyć, robić wymówek, przypodchlebiać się, błagać. Traci do siebie szacunek.
Traci więź z rzeczywistością.
Jej stosunki uczuciowe stały się całym jej światem. Kobieta jest obecnie niezdolna do oceny swoich decyzji i oceny życia, które prowadzi.
Większość z tego co robi jest reakcją na partnera ( nowe przygody miłosne, obsesyjne zajmowanie się sprawami innych ludzi...itd. )

Kochanie za bardzo jest chorobą postępującą.

Kobieta zdrowo kochająca nie jest oswojona z walką i cierpieniem. Jeśli napotyka mężczyznę, który stanowi dla niej źródło niepokoju, rozczarowania, gniewu, zazdrości, czy jakiegokolwiek dyskomfortu psychicznego, uznaje go za odrażającego i schodzi mu natychmiast z drogi. Szuka natomiast kogoś, kto zechce stworzyć klimat zrozumienia, współdziałania i wzajemnej dbałości.